
Uwielbiałam wczesną Chmielewską. Właściwie wczesną i środkową, dopiero ostatnimi książkami mnie denerwowała, chociaż wiernie czytałam i w tej wierności pozostałam do końca. Potem bezskutecznie szukałam przez lata kogoś, kto by mi mistrzynię polskiej komedii kryminalnej zastąpił. I chyba wreszcie znalazłam.
Książkę Anety Jadowskiej kupiłam przypadkiem. Szukałam czegoś z działu fantasy, ale Kamelia kazała mi zacząć od Garstki w Ustce. I całe szczęście, że jej posłuchałam! Wprawdzie teraz zastanawiam się, jak by tu namówić chłopaków na wyjazd do Ustki (po krówki, nie po trupa! no miejcie litość…) ale książkę czytało mi się bardzo dobrze.
Napisana jest zabawnie, ale bez silenia się na dowcip. Bohaterów ma wyrazistych, ale bez drobiazgowej analizy. I pozwala czytelnikowi myśleć, a nawet odkryć kto, co i dlaczego. Śledztwo prowadzi nienachalnie i bez absurdalnych oświeceń (co zdarzyło się nawet Królowej Agacie… taka prawda…). I mimo poruszania bardzo trudnych tematów, roztacza jakieś takie sentymentalne ciepło dawnych kurortów.
Naprawdę muszę zobaczyć, jakie mają tam pensjonaty… Byliśmy w Roermond, to i Ustka się nada.
Nie, że u mnie. U mnie od ćwierć wieku nie ma martwego sezonu, nie bądźmy śmieszni. Martwy sezon jest u Jadowskiej. A ja, to mam problem. I bardzo możliwe, że sama go sobie stworzyłam, co akurat niczego nie zmienia.
Otóż po pierwsze: przywiązałam się do Garstek i reszty rodziny, a także zapragnęłam pojechać do Ustki (do czego, mam nadzieję, jeszcze tu wrócimy). A po drugie: ucieszyłam się, że znalazłam następczynię Chmielewskiej. Tymczasem druga książka z serii-nie serii o detektywistycznych zapędach MagdyG&Familia jest nieprawdopodobnie przegadana. I to nawet nie dialogami, a narracyjnie. A to mi niestety przeszkadza.
I w zaistniałej sytuacji nie mam innego wyjścia, jak przeczytać niezwłocznie książkę numer trzy, żeby przekonać się, jak to właściwie jest z tą Jadowską. Chociaż nie jestem do końca pewna, czy określenie „niezwłocznie” nie jest tu jakimś nietaktem…


3…2…1… pas…
Niewiele brakowało, żebym to ja była tym denatem. Powinnam przerwać czytanie tej książki kiedy bohaterzy pojechali do domu na odludziu, na przyjęcie, na które nie wiadomo kto ich zaprosił i na dodatek zjedli posiłek, który im tam podano. To naprawdę obraziło moją czytelniczą inteligencję.
Nie przerwałam. Dalej było trochę lepiej i do końca książki nawet kilka razy się uśmiechnęłam. Ale moja euforia ze znalezienia nowej ulubionej autorki kryminałów zdążyła się ulotnić, zostawiając po sobie pełne zawodu wspomnienie.
Obawiam się, że mimo wszystko sięgnę teraz po serię fantasy… W końcu to od niej chciałam zacząć…
Odkryj więcej z Jo
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.