Z okazji wczorajszego Dnia Kobiet doszłam do wniosku, że jedyną kobietą, która mnie w życiu inspiruje, jestem ja sama.
Nigdy nie miałam idolki czy idola. Nigdy nie chciałam być, jak ktoś tam inny. Nie miałam pojęcia, jaka i kim chcę być, ani co bym chciała robić – co zresztą zostało mi do dzisiaj, ale nigdy nie miałam jakiegoś wzoru do naśladowania. Podobnie mam z autorytetami życiowymi. No nie i już. I ja się nad tym zastanawiałam… Wiele razy… Zawsze dochodząc do wniosku, że po cholerę mam kogoś kopiować??? Nigdy nie będę kimś innym, niż sobą, więc może najprościej by było po prostu nią być?
To nie oznacza samozachwytu. Ani nawet samozadowolenia. Na ogół nie jestem z siebie zadowolona i mam sobie wiele do zarzucenia. Ale jak się tak zastanawiam nad inspiracjami czy kierowaniem się w życiu jakimiś wskazówkami, to najlepiej mi wychodzi słuchanie własnej intuicji i realizowanie swoich koncepcji. Nawet jeśli nie zawsze są trafione – wtedy można się wiele nauczyć na przyszłość. Więc jeśli tak właśnie jest, to chyba spokojnie mogę być swoją idolką, prawda?
Odkryj więcej z Jo
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.