Fantasy

Lubię wspierać ludzi mających marzenia. Szczególnie takie literackie. Naprawdę nie wiem, skąd mi się to bierze.

[kłamię jak cholera jasna]

No i postanowiłam wesprzeć debiutującego autora, na dodatek selfpublikującego. Bo siedząc w tych naszych Tales czasami potrzebuję rzucić okiem na jakieś inne fantasy, żeby złapać balans.

[tu zapadła cisza, bo szukam odpowiednich słów]

Jednakże jak mawia moja wspólniczka lalkowa: „Każdy może mieć marzenia, ale nie wszyscy powinni pisać książki.” Koniec cytatu. I w zasadzie na tym mogłabym zakończyć moją nieprofesjonalną recenzję Rogatej zarazy, ale zaraz mi ktoś zarzuci, że bezpodstawnie znowu coś i kogoś krytykuję. Więc powiem, dlaczego doczytałam do strony 47 i darowałam sobie ciąg dalszy.

Zaczęło się od mapy. Kamelia fuka, że słaba, a ja się z nią zgadzam. Graficznie bez fajerwerków. Ale jest coś jeszcze (i pominę kwestię, czy obrazek poziomy zamieszczany w pionie powinien być skierowany do środka książki, czy na zewnątrz). Na mapie mamy las, położony z prawej strony krainy, w której toczy się akcja. Zatem obce ziemie, opisywane jako „za lasem”, są na wschodzie. Bo nie wiem, jak innych, ale mnie w szkole uczono, że północ jest na górze mapy. Tymczasem przez dwadzieścia stron czytam o zachodnich krainach. I przysięgam, że przez te dwadzieścia stron nie byłam w stanie skupić się na czymś innym, jak niekompatybilność mapy i opisu.

Jak mi się wreszcie udało od tego odczepić, przytłoczyły mnie dialogi i opisy. Miałam wrażenie, że oglądam jakiś serial od trzeciego sezonu i wszyscy poza mną łapią kim są masowo występujące postacie, a ja nadal gubię się w ich wzajemnych relacjach. Poza tym język… no serio w połowie zdania traciłam kontakt z narracją…

Może ja się czepiam… Albo po prostu Kamelia ma rację i nie każdy marzyciel powinien dzielić się ze światem swoją twórczością.



Odkryj więcej z Jo

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz