Lubię styl Jadowskiej: pisze żywym, współczesnym językiem, jednocześnie nie tracąc literackiej poprawności, co teraz niezbyt częste. Ma ciekawe pomysły na fabułę i potrafi zaskoczyć czytelnika, bez sięgania po nagle pojawiające się znikąd dowody. Ale popełnia dwa grzechy, które psują mi przyjemność z lektury.
Po pierwsze: zbytnio wchodzi na teren feministycznej literatury zaangażowanej. Dla mnie to jest minus, bo nie mam fiksacji na „podgatunkowości” osobników męskich. I o ile rozumiem konflikty płci, to międlenie ich przez trzy tomy serii jest po prostu nużące. A po drugie: dosiadłszy pisarsko-redakcyjnego konia, usiłuje zajechać go na śmierć. Te wszystkie analizy psychologiczno-osobowościowo-historyczne postaci i maglowanie procedur wydawniczych w kontekście przygód swoich bohaterek – pisarek… naprawdę nie były potrzebne. I o ile Koźlaczki czytało mi się fantastycznie, tak przy wplatanej prozie życia Garstek, a teraz Gracji, zdarzały mi się przerzucać strony. Szkoda.
Nie zmienia to faktu, że Gracje wciągają i kiedy o pierwszej w nocy dotarłam do ostatniej strony pierwszego tomu informującej, że na razie nie dowiem się, kim był trup i muszę sięgnąć po tom drugi (od razu założyłam, że ta zagadka znajdzie rozwiązanie dopiero w trzecim i okazało się, że miałam rację), to szczerze się ucieszyłam, że kupiłam od razu całą trylogię.
To znaczy: zirytowałam się, owszem, ale i ucieszyłam, bo poza wspomnianymi powyżej minusami, Gracje są całkiem w porządku.


