Dom na wsi. Streszczenie.

Niespełnione marzenia

Od ponad dwudziestu lat marzę o własnym letnisku. I właściwie jeśli coś nie wychodzi przez tak długi czas, człowiek powinien przyjąć do wiadomości, że czas wykreślić tę pozycję z Listy Życiowych Planów, no ale przecież nie ja…

Rozpaczliwie potrzebowałam tego letniska, kiedy siedziałam latem z dwójką autystycznych dzieci w domu. Dzieci wyrosły. Letniska nie ma nadal.

Dwukrotnie zmienialiśmy lokalizację.

Najpierw w wyniku różnych rodzinnych zawiłości Piter został posiadaczem kawałka ziemi na Lubelszczyźnie. Tuż przed rozpoczęciem budowy, utknęliśmy na trzy godziny w korku na wyjeździe z Lublina, a piekło, jakie nam urządzili synowie, sprawiło że wizja potencjalnego powtarzania takich podróży co tydzień, skutecznie powstrzymała nas przed jakimikolwiek dalszymi działaniami.

W tym czasie Leon i Ela kupili sobie letnisko bliżej Warszawy i snuli plany urządzenia tam wakacyjnej osady ze znajomymi. Jeździliśmy do nich co weekend, aż wreszcie zapałaliśmy żądzą przyłączenia się do tej idei. Piter kupił mi kawałek ziemi w sąsiedztwie.

Przez kilka kolejnych lat jeździliśmy w sezonie do mojej macochy, dzieci były zachwycone, a my ciągle nie mogliśmy ruszyć z miejsca. W warszawskim mieszkaniu działy się sceny grozy, nie byliśmy w stanie ogarnąć chłopaków, a po Jaśka operacji naprawdę nie wiedzieliśmy jak się tam poukładać. Miejsce, do którego można pojechać dla rozładowania emocji i zregenerowania nerwów było naszą ostatnią deską ratunku.

Kiedy wreszcie udało nam się podopinać niemal wszystko, trafiliśmy na budowane pod Wilanowem osiedle szeregowców. Dom z oddzielnymi pokojami, nawet jeśli to byłby kompaktowy szeregowiec, ratował nam życie. Niestety to oznaczało koniec marzeń o letnisku…

Powrót na Ziemię Przodków

Tuż przed covidową pandemią pojechaliśmy na tę lubelską wieś. Nie mogę sobie przypomnieć dlaczego, ani po co. Pamiętam tylko, że pośrodku tego porzuconego pola pomyślałam, że to jest bez sensu: mamy dwa pola, w dwóch różnych miejscach, na żadnym nic się nie dzieje. Albo pozbądźmy się ich, zanim mnie do grobu wpędzą, albo wreszcie coś zróbmy. Na jednym z nich.

Ziemia Przodków wygrała mediami. Nie było sensu trzymać tej drugiej, więc ją sprzedaliśmy.

Dom na wsi

Zaczynaliśmy od pustego pola i śmiesznych pieniędzy ze sprzedaży ziemi pod Radomiem. Postanowiliśmy co roku zrobić cokolwiek, w miarę posiadanych pieniędzy. Nawet, jeśli by to trwało latami. Ogrodziliśmy kawałek pola. Znaleźliśmy gotowy projekt domku na zgłoszenie. Mój mąż znalazł nawet lokalną ekipę budowlaną, która podjęła się budowy tego naszego „kurnika” – etapami, bo przecież na całość nie mieliśmy funduszy.

Jeździliśmy sobie tam czasem. Popatrzeć. Albo bez sensu sadzić drzewka – żeby już coś tam było.

Drzewka zostały zeżarte przez sarny już podczas pierwszej zimy. Zostało Pole Chwastów i lejący się z nieba żar. Trzeba było pomyśleć o jakimś cieniu, więc chłopaki w składzie: mój mąż, jego brat oraz nasi synowie, postawili gazebo.

Przez kolejne lata wpadaliśmy tam trzy razy w roku, żeby rzucić się na bezsensowną robotę. Pole zarastało chwastami. Ja zarastałam depresją. Mój mąż… no właśnie nie wiem, co mój mąż, bo jego podejście do tego projektu stanowi dla mnie zagadkę wszechświata. Nieustająco.

Budowa

Domek na zgłoszenie, 35 metrów w obrysie. Murowany, bo drewnianego Piotr nie chciał.

Po setnej analizie, opartej na naszych wieloletnich wakacyjnych doświadczeniach, postanowiliśmy podnieść dach, żeby upchnąć na górze dwa pokoiki dla chłopaków. To miało być miejsce do relaksu i spędzania wolnego czasu – nie bratobójczych walk i tłumionych chęci mordu ich rodziców… Trzeba było znaleźć sposób na rozdzielenie towarzystwa. I właściwie można zapytać po co, skoro z założenia na wieś jeździ się po to, żeby siedzieć na zewnątrz? Ale jesteśmy w Polsce, gdzie pogoda potrafi zmieniać się trzy razy w ciągu jednego dnia, a co dopiero weekendu, a my tam chcieliśmy móc jeździć na parę dni…

Potem przenieśliśmy kuchnię i drzwi do łazienki do głównego pokoju, zyskując w ten sposób miniaturową sypialnię.

Cztery… powiedzmy, że pokoje. Mała łazienka. I aneks kuchenny.

Budowa ruszyła.

Więcej zdjęć z budowy nie będzie. Wiem jakie to nudne dla każdego, kto je ogląda. Poza dumnymi inwestorami.

Siedzieliśmy na wakacjach w Italii, a Pan Robert z ekipą działał, przysyłając nam co kilka dni fotoreportaż. Jesienią stały ściany i nawet dach. I na tym skończyły nam się fundusze, a wraz z nimi padł zapał i entuzjazm.

Kolejnego roku udało nam się jedynie wstawić okna.

W następnym: zrobiliśmy część hydrauliki.

Piter zapadł w budowlany stupor. Ja byłam bliska eksplozji wściekłości. Rok 2025 – możliwe, że z wielu powodów przełomowy, wymusił na nas konkrety.

Sześć lat po podjęciu decyzji o urządzeniu na Ziemi Przodków letniska, trzeba było przyznać się do błędów. Nie jesteśmy w stanie dokończyć tej budowy jeżdżąc jednocześnie co roku na wakacje. Dlatego 2026 stał się rokiem wyrzeczeń i obietnic. Deklaracji i ostatniej nadziei na ich realizację.

Tak to wyglądało w ubiegłym roku.

Czekamy na wiosnę, żeby ruszyć z kolejnymi pracami.

Jak mówią: Nadzieja umiera ostatnia. Obyśmy zdążyli.


Odkryj więcej z Jo

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz