Nie przepadam za filmowymi adaptacjami książek, które czytałam. Zazwyczaj koncepcja reżysera różni się od mojej. Oraz autora książki. A każda scena, które odbiega od książkowego pierwowzoru, niebywale mnie drażni. To teraz wyobraź sobie, co się dzieje, kiedy od pierwowzoru zaczyna odbiegać wątek…
Czytanie książek po obejrzeniu filmu też nie należy do najłatwiejszych, bo czytając, widzę postaci wykreowane przez aktorów. Ba! Słyszę ich głos w czytanych dialogach! I znowu: rozbieżności w fabule mnie irytują. Czasem tak bardzo, że uniemożliwiają dalszą lekturę.
Tak właśnie jest zazwyczaj. Właściwie jedyną książką przeczytaną przeze mnie i potem obejrzaną jako film, idealnie przeniesioną na ekran była Uczta Babette1. Przy każdej innej zgrzytam zębami ze złości.
Jednakże… Zdarza się, niezwykle rzadko, ale się zdarza, że film jest lepszy od książki! I na ogół jestem tym tak zdziwiona, że oglądam po dwa razy, czy aby na pewno. Tak było z Angielskim pacjentem2 – książką według mnie totalnie nieekranizowalną. A jednak! Minghella zrobił z tego absolutne cudo, które rozjechało mnie emocjonalnie tak, że nigdy więcej nie byłam w stanie obejrzeć go ponownie. Próbowałam.
Ale ja tu chciałam zupełnie o czymś innym.
Czwartkowy Klub Morderstw4.
Zaczęłam od filmu. Bo spodobał nam się zwiastun. I obsada. Idealne kino na przerwę w rodzinnym świętowaniu Bożego Narodzenia. Tym razem zwiastun nie oszukał: cały film bardzo nam przypadł do gustu i dziwiłam się potem mocno krytycznym recenzjom. Ale cóż: wybierając się na lekką komedię kryminalną, nie oczekuję od niej kina moralnego niepokoju. Jak wywołałem byłą żonę3 też nam się podobało… Kwestia gustu, oczekiwań i poczucia humoru.
CKM spodobał mi się tak bardzo, że przypomniałam sobie, że przecież w wakacje kupiłam książkę i nie miałam kiedy jej przeczytać, więc może by teraz?
Książka, nie powiem, napisana bardzo zgrabnie. Oczywiście postaci przybrały natychmiast filmowy wizerunek i nie do końca mi się zgadzały plenery, ale mimo tego było OK. Czytało się przyjemnie, aż do momentu, kiedy… Zgadujesz? Fabuła odjechała. Od tej filmowej…
I tu mamy pierwszy zwrot akcji, który w skrócie mogłabym określić: „Marnować czas i czytać dalej?”. Bo mimo całej sympatii dla książki, film jest o niebo lepszy.
Możliwe, że to sprawka aktorów (nie tylko tytułowej czwórki!) i głównego miejsca akcji – przyznaję, mam do obu ogromną słabość. Ale prawda jest taka, że filmowa fabuła została poprowadzona prosto, choć nie bez zaskakujących twistów. Natomiast w książce dochodzą wątki poboczne, co ją trochę psuje. To znaczy: jeśli lubisz gubić i odnajdywać tropy (oraz trupy) – voilà! Dla mnie było ich za dużo. Ekranizacja zostawiła tyle, ile trzeba, żeby mieć dobrą zabawę. Książka nieco z nimi przesadziła.
I tu zaczyna się zwrot numer dwa. „No nie, to jednak trzeba przeczytać do końca…”.
Bo w którymś momencie, chyba gdzieś w okolicy strony dwieście piątej, człowiek jest już tak wkurzony, że naprawdę zaczyna być ciekaw tego, dokąd ta książkowa fabuła go zaprowadzi…
Nie, nie podobało mi się.
Tak, podobało mi się.
I teraz wybierz, co chcesz. Bo film na piątkę, a książka na wkurw. Za dużo wątków. Inne zakończenie. Rozjazd między książkowymi a filmowymi, hm… skoro przy kryminale jesteśmy, to niech będzie, że profilami psychologicznymi występujących postaci (jasne, że wpływ na to miała osobowość aktorów! no co za pytanie…). A jednocześnie czujesz, że musisz ją przeczytać do końca…
No i tak ze mną jest. Nic na to nie poradzę. Nie zarobiłabym na życie na etacie recenzentki…
1
Uczta Babette, Karen Blixen, w tłumaczeniu Wiesława Juszczaka
Babettes gæstebud, film z 1987 roku w reżyserii Gabriela Axela
2
Angielski pacjent, Michael Ondaatje, tłumaczenie: Wacław Sadkowski
The English Patient, film z 1996 roku w reżyserii Anthony’ego Minghelli
3
Blithe Spirit, reżyseria: Edward Hall
4
Czwartkowy Klub Zbrodni, Richard Osman, tłumaczenie: Anna Rajca-Salata
Odkryj więcej z Jo
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.