Ta cała burza ze schroniskami naprawdę nieco mnie przerasta. Mam duży dystans do instytucji charytatywnych, a kiedy widzę „zostały jej dwa dni życia – daj kasę”, automatycznie przewijam stronę. Przestałam się przejmować oskarżeniami o brak empatii i tym, że kilka osób zerwało ze mną kontakt, kiedy podałam pod wątpliwość intencje właścicieli przytulisk zamieszczających podobne anonse w mediach. Teraz zaskoczył mnie nie tyle katastrofalny stan podopiecznych schronisk dla zwierząt, czy doniesienia o finansowych przekrętach – bo te jedynie potwierdziły moje poglądy, ile ich skala.
Zdaję sobie sprawę, że podstawą manipulacji jest trafienie w czuły punkt, który nazywa się: emocje. Tak naprawdę nie ma znaczenia, czy sprzedajesz odkurzacze, czy robisz zbiórki na nieuleczalnie chore dziecko, bezdomnego pieska czy najnowszy model torebki. Bijesz człowieka w emocje i jeśli zrobisz to umiejętnie – da ci pieniądze. Bo sprzedajesz mu korzyść. Iluzję. Samopoczucie. Dlatego gardzę technikami sprzedaży, chociaż znam je, bo sama ich uczyłam w poprzednim życiu (i naprawdę współczuję każdemu telesprzedawcy, który ma nieszczęście do mnie zadzwonić). Jednak czym innym jest wpychanie komuś pary rajstop, a czymś innym wyłudzanie pieniędzy na biedne zwierzęta, a następnie trzymanie tych zwierząt w skandalicznych warunkach i zużywanie kasy na własne dobra doczesne.
Jeśli zapytacie, czy to jest dno dna, to niestety odpowiedź brzmi: nie. Dnem dna jest wiedza o takich praktykach i zapewnianie bezkarności ludziom osobom, które tym się parają.
I mam tu na myśli wszystkie instytucje, których obowiązkiem jest kontrola takich „schronisk”. Oraz hodowli. Bo zaraz po „schroniskach” na scenę przecież weszły hodowle. I teraz nie wiem, czy brać je w cudzysłów, bo przecież niektóre działały legalnie, były odpowiednio zarejestrowane i nawet potworzyły sobie własne związki kynologiczne! A kontrole po wybuchu tego grudniowego skandalu zwierzęcego pokazały, że warunki w nich nie były lepsze, niż w pseudoschroniskach!
Mamy teraz akcję czyszczenia tego całego syfu. Za chwilę wszystko ucichnie. I wróci. Bo wszystkich nie wsadzą do więzień, a mam obawy, czy w ogóle ktoś stanie przed sądem. Towarzystwo wzajemnej adoracji uruchomi swoje kontakty i aferę zamiecie się pod dywan. Jak zwykle.
Coś się jednak stało. I jak zazwyczaj w podobnych przypadkach, internet rozgrzał się dyskusjami. Czasami takimi o prawie bytu hodowli psów czy kotów. Że produkowanie zwierząt na sprzedaż jest nieetyczne i w ogóle. Jak ktoś chce pieska – niech sobie weźmie takiego ze schroniska.
I tu nam umyka chyba coś istotnego.
Mam rasowego psa z hodowli. Poprzedni nasz pies (i kot) też były rasowe, rodowodowe, hodowlane. I następne też takie będą. Mam ku temu powody. Pierwszy jest taki, że nie daję pieniędzy ludziom postępującym nieetycznie, a tym są dla mnie pseudohodowle. Po drugie: chcę wiedzieć, kogo biorę, bo u mnie pies jest psem pracującym.
Mam psa z hodowli. Potrzebowałam konkretnej rasy. Nie z fanaberii, tylko z konieczności życiowej, która nazywa się: inwazja myszy. Mieszkamy na osiedlu między polami, nieużytkami, rezerwatem przyrody i stajnią. Po garażach sąsiedzi znajdowali szczury, a myszy i nornice to codzienność. A ja sobie myszy w domu nie życzę, taką mam fanaberię. Zwłaszcza myszy bezczelnie ignorujących humanitarne pułapki i rozmnażające się w takim tempie, że trutki nie wystarczały. Niszczących zawartość garażu i ściany, chodzących po blatach kuchennych i zżerających owoce na paterze, stojącej na kuchennym stole.
Moi panowie nie chcieli w domu kota. Z psów w grę wchodziła jedna rasa. I sorry, ale nie mogłam sobie wziąć dowolnego pieska ze schroniska. To musiał być pies z hodowli, w której odpowiednio i w oparciu o wieloletnie doświadczenia kojarzy się rodziców szczeniąt. Bo JRT jest pierdolnięty z natury i charakteru. To wyobraźmy sobie że jego przodkowie mieli na dodatek zaburzenia zachowań czy psychiczną niestabilność i to poszło z genami…
Do pracy w policji, służbach ratunkowych, czy jako pies asystujący, nie wybiera się szczeniąt niestabilnych emocjonalnie. Nie każda rasa poradzi sobie z zaganianiem owiec. Agresywny czy dominujący pies nie będzie bezpieczny dla małego dziecka, a kilkudziesięciokilogramowego olbrzyma starsza pani nie utrzyma na smyczy. Więc nie kupuję argumentu o bezsensie hodowli i wysyłania każdego, kto chce pieska, do schroniska. Natomiast brakuje mi jednego: świadomości, że pies, to nie pluszak, którego można postawić na półce, jak się znudzi. Pies to bezgraniczna miłość, ale i dożywotni obowiązek (czy się ma na niego ochotę, czy nie) i sporo pieniędzy. Musi wyjść kilka razy dziennie na spacer, nie może sam zostawać w domu na długie godziny, ma prawo nie mieć ochoty na zabawę, kiedy my ją mamy, wymaga szacunku i odpowiedniego wychowania, potrzebuje naszego czasu, nie jest miniaturowym człowiekiem, więc traktowanie go jak dziecko robi mu krzywdę, nawet najmniejszy York ma duszę wojownika, potrzebuje właściwej karmy, nie jest pojemnikiem na resztki ze stołu, trzeba mu podawać witaminy i szczepić, czasami nas wkurza jak jasna cholera (czyli w moim przypadku: jak mąż i synowie razem wzięci), bywa, że śmierdzi, potrafi zająć twój ulubiony fotel albo rozpycha się na łóżku.
Tak, przy poprzednich psach nie było mowy, żeby mi któryś wszedł na łóżko. Spuśćmy na to litościwą zasłonę milczenia.
Chodzi mi o to, że zamiast robić te medialne cyrki, warto się zastanowić, jak wytłumaczyć ludziom, że pies to nie zachcianka? Jak pokazać dzieciom, że pies to najlepszy przyjaciel ale i obowiązek? I jak skutecznie kontrolować ludzi, którzy na psim nieszczęściu bezkarnie robią grubą kasę?
Czy to w ogóle jest możliwe w społeczeństwie, którego religią jest hedonistyczny konsumpcjonizm?
PS.
Jeszcze jedno…
Miałam ogromnie mieszane uczucia podczas akcji zabierania psów z tych schronisk podczas mrozów. Wiem, ratowało się im życie.
Ale, wracając do emocji, nie wierzę w takie spontany. Dobra, tu był mróz, nie będę się sprzeczać. Natomiast nieustannie trafiam na całą masę apeli: Patrzcie jaki słodziak, znajdźmy mu dom, natychmiast!!! I nienawidzę tego całym sercem, bo to jest dramat. Psa i ludzi.
Pańcie (bo tu kobiety są w większości) rozczulone psieszczęściem biorą biednego pieska do domu. A potem okazuje się, że piesek rozrabia, nie daje się posadzić na kanapie, niszczy rzeczy, albo – jeśli pies po przejściach, jest lękliwy/agresywny/wycofany/nadmiernie absorbujący. I człowiek sobie z nim nie radzi. I pies wraca do schroniska. A kolejna adopcja będzie jeszcze trudniejsza: i dla tego psa, i dla kolejnego człowiek, któremu serduszko piknie i popchnie do zrobienia dobrego uczynku.
Ja jestem absurdalnie emocjonalna. Płaczę na reklamach i wzruszam się przy wszystkim, co ma z założenia powodować wzruszenie. Tylko że mając świadomość tej ułomności, staram się racjonalizować poważne decyzje życiowe. Nie, nie mówię, że zawsze mi się udaje. Nie jestem aż taką hipokrytką. Ale staram się. I wiem, że można nad tym pracować. Szczególnie w sytuacjach, kiedy miękkie serduszko może przynieść więcej bólu, zła i cierpienia, niż korzyści.
Odkryj więcej z Jo
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Wcześniej nie patrzyłem na adopcję zwierząt ze schroniska z tej perspektywy… Masz dużo racji. Bo to ogromny stres dla obu stron, a jak nie wyjdzie, to ten biedny zwierzak ląduje z powrotem w schronisku z jeszcze bardziej zaburzoną psychiką.
Nie jestem przeciwna adopcji. Byle nie na fali euforii. I ze świadomością, że to może być wyzwanie.